Blog > Komentarze do wpisu

Na poważnie o śmierci - na najdłuższe noce

Tym razem mamroczemy poważniej niż zwykle, bo o śmierci. Bezpośrednio zainspirował mnie ten artykuł, ale też jest to temat, który już wcześniej otwierał mi głowę.

Może zacznijmy od tego, że (jak już wspominałem) jestem zwolennikiem psychologii naukowej, widzę jednak miejsce też dla jej filozoficznej części. Chociażby ze względu na to,  że pozwala nam zadawać sobie fundamentalne pytania. Takie jak: dlaczego, po co, co chcę by po mnie zostało.

Zawsze jednak odrzucały mnie koncepcje freudowskie – mam wrażenie, że więcej mówią one o samym autorze, niż o ludziach. Dzisiaj uczy się już ich głównie jako pewnej historii, która nieprzetrwała próby czasu (niestety za wyjątkiem niektórych uczelni medycznych, psychologicznych i większości związanych z kulturą). Wyrósł jednak na niej cały nurt psychologii egzystencjalnej, zastanawiającej się nad nasze śmiertelnością i szukającej w tym jak próbujemy sobie z nią poradzić jednego z głównych źródeł naszych motywacji.

Niektórzy z nasz szukają zapomnienia w hedonizmie, inni odsuwają lęk przez religię, albo skrajny racjonalizm. Próbujemy przedłużać nasze istnienie tworząc i robiąc dzieci.

Szukamy metody na mocniejsze odciśnięcie się w świecie i rzeczywistości.

Czy świat taki jak go przedstawia Marcin Przybyłek w swoich książkach - świat ludzi, którzy w zasadzie osiągnęli nieśmiertelność, a stali się przy tym bardziej kreatywni i ludzcy - jest możliwy? Czy raczej nie utracilibyśmy czegoś cennego? Czegoś co nas napędza?

Nie wiem.

Wiem, że skłonność do rozważań o śmierci widać już u bardzo małych dzieci. Pamiętam ją też u siebie sprzed tych kilkudziesięciu (przynajmniej tak twierdzą moje wspomnienia – a te jak wiemy potrafią nas sprowadzić na manowce), widzę ją u swoich dzieci i u ich przyjaciół. To był (jest? – od kilku lat nie zapisuje tego co stworzę) też jeden z głównych wątków w moich wierszach, kiedy je jeszcze pisałem (np. tu).

Robin Skynner, w swoich książkach napisanych z Johnem Cleesem (lubię te książki, mimo, że nie ze wszystkim się zgadzam) zauważa, że większość z rodzin ma takie emocje, które mocniej akceptuje i takie, które wypiera.

Podobnie jest ze społecznościami. Żyjemy w czasach, w których trudno mówić o śmierci i słabości. I dopiero czytając ten artykuł uświadomiłem sobie, że faktycznie jest tak, że jesteśmy nauczeni pocieszania w sposób bardzo nieprzyjazny dla odczuć drugiej strony. Mówimy „nie martw się”, „będzie dobrze”, „poradzisz sobie”.

A co jeśli nie? Kiedy i z kim mamy rozmawiać o tym, że może dobrze nie być? Że sił może nam nie wystarczyć?

Kiedy prawie rok temu miałem kryzys związany z tym, że musiałem przebudować cały obraz siebie (w wyniku wymiany „sport za zdrowie”) miałem poczucie, że chyba nie ma takiej osoby. Pomogło mi dopiero ćwiczenie (trudniejsze niż myślałem) – napisanie listu do bliskich, ale takiego, który przeczytają dopiero po mojej śmierci.

Spróbujcie. Może dowiecie się też czegoś o sobie.

A dlaczego piszę o tym teraz? Przesilenie zimowe było (i jest) w wielu kulturach momentem, w którym życie przełamuje śmierć. Już za chwilę dostrzeżemy, że dni zaczęły się wydłużać, świat stanie się piękniejszy, a momenty zadumy nad poważnymi tematami trudniejsze.

WS

 

PS. A ostatnio po głowie chodzi mi fragment czegoś co napisałem prawie 20 lat temu:

„Wyciągam rękę by wylosować
swą śmierć
spośród wielu.
Jej żar wciąż pali.”

Do dziś nie wiem dlaczego go lubię.



czwartek, 25 grudnia 2014, shaman2
-- Polub blog i otrzymuj powiadomienie o nowościach: https://www.facebook.com/SzamanieMamrotanie

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: